5 Sty

Pierwsze spotkanie ze Szkocją

18.10.2016 Poznań
To pierwszy raz kiedy uniosę się w powietrze, ale też pierwszy raz kiedy “dotknę” Szkocji. Od ponad roku w naszym życiu Szkocja zagościła na dobre. Co chwilę pojawiały się pomosty pomiędzy nami a tą odległą i dość nieznaną krainą. Poznając obrazy z tego miejsca i jego historię coraz bardziej zdajemy sobie sprawę z tego, gdzie dokładnie chcemy pojechać. Wybór padł na Inverness, jako serce górzystych przestrzeni Highlands. To tam właśnie ciągnie nas najbardziej. Możliwe, że przez bliskość do wrzosowisk Culloden. Myślę jednak, że nie tylko. Wybór na początku wydawał się przypadkowy, ale z każdą chwilą dostrzegaliśmy w nim więcej sensu.

Ławica Poznań

Odprawa na lotnisku przebiegła sprawnie, kupione specjalnie na podróż plecaki zmieściły się w normie bagażu podręcznego Wizz’a, a w nich udało nam się spakować wszystko to, co w zmiennym, górzystym terenie zdało się nam potrzebne.
Siedzieliśmy oczekując na podstawienie samolotu, mimo zbliżającej się podróży bardziej odczuwałem radość niż niepokój czy strach związany z pierwszym lotem. Zresztą nigdy wcześniej myśląc o pierwszym locie nie bałem się. Raczej z zaciekawieniem oczekiwałem zobaczenia “jak to będzie”.
Zajęliśmy miejsca po lewej stronie, troszkę dalej za skrzydłem. Okazało się to dobrym wyborem, bo tak podczas startu w poznańskie niebo, jak i lądowania w Glasgow dało nam wspaniałe widoki na oba te miasta.

Sam lot i lądowanie przebiegł bez najmniejszych zakłóceń, a start nawet mnie rozczarował, bo spodziewałem się większego kopa, a przyspieszenie kolosa nie przebiło emocjami startu Subaru Imprezy STI czy nawet rządowego Citroena DS V6 z lat 70.
Widok jednak zza okna na Glasgow… po zmierzchu… Oj to odbiera dech w piersiach i całkowicie niweluje smutek po “słabym” przyspieszeniu.

Glasgow z lotu ptaka

18.10.2016 Glasgow / Szkocja
Pierwsze wrażenie po wejściu na lotnisko – poczułem się jak w Szwecji w Karlskronie. Ascetyczne zdobnictwo z przełomu lat 80-90 utrzymane w idealnej kondycji.
Na hali przylotów najpierw poczuliśmy lekką dezorientację, jednak wróciliśmy na dworzec i po zapytaniu w ekspozyturze linii lotniczej dotarliśmy do informacji transportu publicznego.
Tam przemiła Pani skierowała nas na przystanek linii 500 do miasta – koszt 7 funtów/os. Bilety sprzedane przez uśmiechniętego kierowcę.
Okazało się, że linia ta przebiega o rzut beretem od naszego hostelu.
Pierwsza droga deptakiem i już z daleka dostrzegliśmy TARDIS. Niestety przez szparę widać było, że to podróba i budka nie jest w środku większa. Dotarliśmy celnie do hosteli i szybko się zameldowaliśmy.
Zaskoczyło nas, że jak na hostel – warunki są iście hotelowe, nawet z własną łazienką. Poszliśmy coś zjeść.

Glasgow Via Italia

Po drodze zobaczyliśmy wspaniały dworzec kolejowy z drewnianymi fasadami sklepów, gastronomii i punktów usługowych, zbudowanych wewnątrz hali dworcowej. Wszędzie po drodze przepiękne budynki industrialne i secesyjne. Wspaniałe bramy i wejścia. Piękne witryny zdobione rzeźbionym drewnem. Ulice główne poprzecinane wąskimi uliczkami (Lanes). Tak wąskimi że rowery miną się z ledwością.

Glasgow street art Taxi Graffiti

Dziś do dyspozycji mieliśmy mało waluty, więc rozglądaliśmy się za czymś tańszym. Weszliśmy do sklepu Tesco Express – ceny w zasadzie jak u nas – spodobała mi się półkilowa kostka dojrzałego sera za 2,50£. Szukaliśmy też antyperspirantów. Niestety męskiego poniżej 100ml nie znalazłem ale psiknąłem na próbę LYNX’a Africa za 1,79£ i do teraz jestem zaskoczony jak ładnie pachnie.
Po powrocie do kraju muszę zapolować (zapolowałem – w Polsce to AXE Africa).
Dotarliśmy spacerem do lokalu BISTRO. W menu kebaby, pizze i inne dania z tego obszaru.
Marta zamówiła małe danie za 5£, a ja barani kebab w porcji małej za podobną kwotę. Dostaliśmy w cenie po butelce wody, a porcje były tak duże, że mieliśmy problem z dojedzeniem.
Najedzeni, ale już trochę zmęczeni postanowiliśmy wrócić do Hostelu. Jeszcze tylko z baru po piwku 0,33 po 2£ za butelkę i na górę. Marta już śpi, a ja za chwilę wejdę pod prysznic, więc zapach Lynx’a zniknie. Myślę o tym, że jesteśmy blisko rzeki i jutro chciałbym skierować tam pierwsze kroki. Później jakieś śniadanko i w drogę do Inverness.

R e k l a m a

19.10.2016 Glasgow / Szkocja
Słoneczny poranek. Tak powitało nas dziś Glasgow. Okazało się, że z hostelowego okna widać i rzekę i wjazd kolejowy na dworzec główny, wraz z pięknym mostem.
Szybkie mycie i w drogę.
O jedenastej jeszcze na odchodnym, z okien na 7 piętrze rzuciliśmy spojrzenia na piękne okoliczne budynki i widoczki…
W słońcu takie wyjątkowe…

Glasgow z Euro Hostel

Po wymeldowaniu, pierwsze kroki, zgodnie z planem nad rzekę.
Mosty śliczne, ale woda… No cóż, w odcieniu zużytej przez stado hipopotamów kałuży… Do tego z pianą… Nie zachęca do prób pływackich. Pomimo tego mosty piękne.

Glasgow rzeka Clyde most kolejowy
Stoimy sobie nad wodą klepiąc w nawigację plany na najbliższe setki metrów, wtem podjechała na rowerze dziewczyna i z szerokim uśmiechem pyta się czy się zgubiliśmy i czy może nam jakoś pomóc. Podziękowałem pokazując GPS’a i łącząc to z miną wskazująca na głęboką wiarę w jego precyzję. 15 minut później navi wyprowadziła nas w pole, zapewne wtedy moja mina zaprzeczyłaby pewności siebie.
Poszliśmy więc dalej po drodze kupując kanapki. Przyciągnięci bliskością dworca, postanowiliśmy zobaczyć go za dnia.

Glasgow Central Station

Glasgow Central Station

Glasgow Central Station

Okazało się że GPS nie zna czegoś takiego jak Buchanan Bus Station, a może to ja nie wiedziałem jak szukać, rzuciłem więc okiem dookoła i uwagę przykuł pan w żółtej kamizelce ostrzegawczej. “Tu w lewo, prosto i po prawej zobaczycie dworzec. Nie można nie zauważyć.” Faktycznie nie dało się, ale to miłe że Pan w nas wierzył zupełnie nas nie znając,
Na dworcu upewniliśmy się w informacji co do autobusu, Pani zatroskana dopytywała nawet czy wiemy, że to z przesiadką w Perth. Kolejna miła dziś osoba…
Było już jasne co i jak, więc idziemy na spacer. Po drodze zwróciłem uwagę, że co kawałek na pasie dla parkujących namalowane są koperty dla jednośladów. Zaparkowanych jest sporo skuterów i motocykli, jednak większość z nich to motocykle o sylwetkach sportowych i miejskich.
To co już wczoraj nas zaskoczyło, czyli stosunkowo mały ruch samochodowy i spory ruch autobusowy, mnogość zaparkowanych wszędzie rowerów i pełno pieszych. Piesi w Glasgow i jak się później okazało, również w Inverness, są raczej niecierpliwi i nie marnują czasu oczekiwaniem na zielone. Ku niezadowoleniu Marty uznałem, że należy aklimatyzować się do tej szkockiej tradycji, w końcu jesteśmy tu gośćmi i to my się musimy dostosować.

Ulice Glasgow
Zrobiliśmy spore zakupy w lokalnym sklepie spożywczym.
Za drogie uznaliśmy piwo, a wszystko inne jest w cenach podobnych lub niższych do krajowych. W siatce znalazła się między innymi 2 litrowa butelka “cydru” gruszkowego za 2,25. Mniam! Ale się nie wstawiliśmy.
Przy okazji zakupów już tradycyjnie w koszyku wylądowało HARIBO za 1£. W tej cenie da się kupić prawie 400 gram tego gumowego złota – jestem w raju.
Wróciliśmy na dworzec by ruszyć w dalszą drogę.
Do przesiadki w Perth czekała nas godzina jazdy. Zleciało jak się patrzy, na oglądaniu pięknych widoczków…
Jak myślicie o Anglii, Szkocji to w głowie macie słodkie kamienne domki. Stereotyp – ale trafny! Piękne kamienne domki, wspaniałe kamienne mury, zielona jak trawa – trawa, owce, konie, krowy i gdzieniegdzie zamki.
Po Perth krajobraz wzbogacił nam się o góry i skały, wodospady, strumienie i rzeki.

Szkockie Highlands

19.10.2016 Inverness / Highlands / Szkocja
Inverness zaprosiło nas do siebie widokiem morskiej zatoki, a później strefą przemysłową upstrzoną niezliczonymi salonami motoryzacyjnymi. Dojechaliśmy do dworca autobusowego ulokowanego w centrum.
Spacer do lokum pokazał nam miasto ze spokojnej, wręcz ospałej strony. Jest cicho i miło.
Przed drzwiami do Hostelu spotkała nas przygoda…
“Nie ma mnie na miejscu, ale jeśli masz rezerwację dzwoń” i tu numer… Niestety kilka prób wybrania spełzły na niczym. Dopiero dodanie dodatkowego kierunkowego 0044 zdziałało cuda. Pan przez telefon zdradził nam procedurę jak zdobyć klucze i gotowe – rozlokowani.
Pokoik ciepły mały, znów z piętrowym łóżkiem, ale dziś sprawdzimy czy wystarczy nam jedno piętro.
Prawdopodobnie mamy widok na zatokę – rano się zobaczy.

Inverness Glenalbyn
Poszliśmy na spacer. Pierwsze wrażenie wspaniałe – zwłaszcza rzeka Ness. Ale zmęczenie dniem zagoniło nas na kolację z powrotem do Hostelu. Marta już śpi, a ja dokończę jeszcze pisać i też zamknę oko.

R e k l a m a

20.10.2016 Inverness / Highlands / Szkocja
Jeśli ktoś nam źle życzył to mu się udało – deszcz. Niestety przegapiliśmy go, jako że padał w nocy, więc pocałuj się w nos zły człowieku :-p
O poranku parująca ziemia oddała w niebo piękne mgły, a nisko utworzone chmury zasnuły szczyty miękkimi kołderkami, spod których wkrótce słońce wygoniło szczyty. “Wstawać – to ma być piękny dzień nad Inverness, mamy miłych gości”.

Plan:
1.Spacer
2.Szkockie śniadanie

Inverness o poranku

Ruszyliśmy zachwycając się pięknem ulic spowitych delikatną wilgocią. Szeregi kamienic i domów, niby jednakowych, a jednak unikalnych. Inaczej przyozdobionych z innymi detalami, ogrodami. Wszystko piękne, że brakuje oddechu.
Ulica za ulicą, setki domów 100-200 letnich, utrzymanych w idealnym stanie. Robię dziś pierwszą panoramę, a wypada na mnie z uliczki radiowóz. Schodzę mu zwinnie z drogi, szczerze i szeroko uśmiechamy się do siebie z policjantami. Idziemy spokojnie w stronę mostu nad Ness by zobaczyć ten widok, który już znamy od miesięcy. Jest piękniej niż to sobie wyobrażaliśmy.
Ruszamy w drogę na śniadanie.

Inverness uliczki
Mijamy kolejne uliczki idąc w stronę kanału. Z oddali widać elewację budynku pomalowaną na dwa kolory: od góry biały, od dołu czerwony – Polski Sklep. Wewnątrz spotykamy miłą sprzedawczynię – “Dzień dobry”, a “Dzień dobry”, pan nieco spięty, chyba właściciel, zdania ucinał przesuwaniem skrzynek i towaru. Półki uginają się od dóbr wszelakich – więcej tego niż w najlepszych delikatesach, cuda na kiju i wszystko z polskimi metkami. Nawet zapach przywieźli z kraju, dobrze mi znany warzywniak…

Polski sklep w Inverness
Poszliśmy dalej w poszukiwaniu śniadania.
Co chwila słyszymy “Good Morning”, odpowiadamy i wymieniamy się uśmiechami. Minęliśmy cmentarz który wspina się na zbocze sporej góry, by dać lepszy widok zastygłym w zadumie Highlanderom.
Docieramy w końcu do kanału i pora skierować się w stronę centrum – tu restauracji nie znajdziemy. Mijamy obrotowy most i ruszamy wzdłuż wody. Ponoć zdarza się dostrzec tu delfiny, nas to niestety dziś omija.

Inverness kanał Caledonian
Kolejni mijani witają nas “Morning”, które nagle przemieniło się w “Hello” – aha, czyli jest po dwunastej.
Przechodzimy tyłem osiedla mijając marinę z przepięknymi jachtami i motorówkami, co chwila rwiemy jeżyny, które rosną tu jak u nas pokrzywy. Doszliśmy, że to może definiować różnice w naszym usposobieniu – my pokrzywy, oni jeżyny… Niektórym to przyroda sprzyja. A może to raczej fakt, że Szkoci starają się przyrodzie nie podpadać.

Inverness Marina na kanale Caledonian
Tak, czy siak klucząc wąskimi uliczkami dotarliśmy do zapór pozwalających łodziom powędrować kilkanaście metrów niżej i, po przekroczeniu kanału, kierunek w stronę wysokich wież kościołów dominujących nad centrum stał się już prostszy do obrania. Po drodze kilka przerw na nasycanie oczu pięknymi widokami. Dotarliśmy wreszcie do Ness i ciężko nie poczuć się tu jak u siebie. Błękit nieba i słońce całkiem nas rozpieściły.

Inverness rzeka Ness
Najwyższa pora zjeść śniadanie, niestety – tu serwowane do 11:30, a tam do 12:00, nasz los zdawał się być przesądzony. Trafiliśmy jednak do Caledonian – a tam All day Breakfast do tego w odmianie The Big Scottish i wegetariańskiej. Do tego australijski Fosters z kija!
Uwielbiam to piwo, ale z kegi jeszcze nigdy go nie kosztowałem. Dwa śniadania i dwa piwa (pinta) zamknięte w 10£.
Obsługiwał nas Kamil spod Łodzi.
Mieszka tu od czterech miesięcy. Wcześniej siedział w Edynburgu, ale tam nie szło mu najlepiej. Jak stwierdził – w Inverness ludzie są milsi.

Inverness Caledonian menu
Pierwszy łyk piwa… Taaak… Z kija jest jeszcze lepsze – polecam. Spóźniona nutka goryczy budzi się z tyłu gardła i wraca w stronę ust przemieniając w jeszcze inną kompozycję smaku, by zachęcić do kolejnego łyku.
Śniadanie zaś w obu wersjach wyśmienite! Szkoci wiedzą co w tych warunkach się sprawdza.
Najedzeni podjęliśmy decyzję – idziemy zdobyć zatokę Morza Północnego, a precyzyjniej Moray Firth. Ocena drogi zrobiona za pomocą Google Maps byłaby precyzyjniejsza dzięki zdjęciom satelitarnym, ale z braku mobilnego internetu GPS musiał nam wystarczyć.
Szliśmy wzdłuż dwupasmówki, aż do autostrady i kawałek z jej biegiem, by po trawie i zboczach dotrzeć tam, gdzie turyści nie docierają. Z kamienistego brzegu mogliśmy ogarnąć przestrzeń od North Kessock aż po Fort George, który strzeże wejścia w stronę sąsiednich miast i do rzeki Ness.

Inverness Moray Firth

Spokój tego miejsca zrelaksował nas wręcz terapeutycznie, co wzmogły dodatkowo ruiny budynku spoglądające niemo w dal nad naszymi głowami.

Inverness most kolejowy przy A96
Przypływ powoli wyganiał nas z plaży, a droga przed nami długa. Pora ruszać. Wracaliśmy “po śladach” z przystankiem w KFC na kawę/herbatę i “frytki do tego”. Skróciliśmy powrót o jazdę autobusem co kosztowało nas 2,90£. Spod sklepu M&S gdzie mieścił się przystanek zahaczyliśmy jeszcze o Poundland gdzie nasyciliśmy się nietypową oranżadą Irn Bru (polecamy) i trochę dalej o Tesco by kupić piwo w “rozsądnej” cenie. Tam wypatrzyliśmy polski regał z produktami Mlekovity, Tarczyńskiego, U Jędrusia, Sokołów… Kiełbasa Śląska 550g za 3£. Polską kiełbasę warto kupić, bo angielska… No cóż… Ale black pudding podszedł mi bardziej niż nasza kaszanka.
Teraz już zaopatrzeni, ale padnięci wróciliśmy do Hostelu.
Po krótko trwającej śmierci z wykończenia poszliśmy na “balety”. Na deptaku słońce rozpieściło nas wyjątkowym widokiem.

Inverness zachód słońca
Ponownie zlądowaliśmy w Caledonian by wysączyć po dwa Fostersy. Studencki czwartek na dobre rozkręcił się gdzieś po 23 i w zasadzie zakończył krótko po 0:15. Myślę, że młodzi powędrowali dalej. Pozostaje i nam udać się w drogę…
Najlepiej po podsumowanie dnia oraz sen.

Inverness wieczór nad Ness
Dziś odwiedzone miejsca zapadną nam w pamięć. Mamy nadzieję, że uda nam się jeszcze jutro poszerzyć listę “ulubionych”.

R e k l a m a

21.10.2016 Inverness / Highlands / Szkocja
Dzisiejszym tematem przewodnim będą dwie rzeczy – zmęczenie wczorajszymi wyprawami i czas, który wyczerpał nam się w Inverness.
Poranek okazał się być tak samo wilgotny jak wczoraj, jednak dziś dało się odczuć jeszcze cieplejsze powietrze. Zadziwiło nas to, że lokalni chłopcy biegają w krótkich rękawkach, a dziewczyny z gołymi nogami. Zrzuciliśmy to na karby ekstremalnych północnych zim, ale prawdą jest, że i wczoraj i dziś temperatura jest niezwykle przyjazna. Po porannej toalecie i oddaniu pokoju, już spakowani, poszliśmy na śniadanie. Znana nam droga po zakręconych schodach, gdzie przycupnął warsztat wytwarzania “prawdziwych” kiltów tym razem nie była już tak miła. W tym miejscu po raz pierwszy poczuliśmy się dobrze i to miejsce właśnie widzimy po raz ostatni…

Weszliśmy na deptak, i kręcąc w lewo obraliśmy tradycyjnie kurs na Caledonian. Po wczorajszej studenckiej imprezie knajpa jeszcze nie radziła sobie z obrotem spraw…

Inverness Caledonian
Marta zaplanowała owsiankę, jak się jednak okazało, szef przeszukał kuchnię i nie znalazł ani płatka.
W to miejsce zamówiliśmy placki w syropie klonowym. Ja zęby zaostrzyłem ponownie na The Big Scottish Breakfast. Do tego pyszna herbata oraz kawa – spora Americano, niestety zalana letnią wodą, więc dało się bez przeszkód ocenić powierzchnię dna filiżanki, mimo płynu po brzegi.
Śniadanie było jednak dobre i sycące na co dowodem jest fakt, że mamy w tej chwili 19 godzinę, a ja nie marudzę z głodu (“Tibilei“, kochanie).
Poszliśmy zapolować na pamiątkowe drobiazgi. Jest sporo sklepów, ale skupione są raczej w samym centrum. Od 2£ do 20£ jest naprawdę spory wybór, budżet jednak nie pozwala na uniesienia, więc zachowujemy się dość spokojnie, z wręcz poznańską powściągliwością.

Inverness ulica
Krążąc uliczkami dotarliśmy do dworca autobusowego. W zasadzie wszystkie otwarte tu przybytki dysponują miejscami siedzącymi. Dzięki temu każdy znajdzie tu miejsce w oczekiwaniu na podróż.
Po ustaleniu ile mamy czasu zapragnęliśmy odpocząć nad brzegiem Ness. Tańczący most pieszy Rose Street przeniósł nas pod kościół Rzymsko Katolicki.

Inverness Rose Street Foundry
Niebywałe, że w raczej niewielkim mieście jakim jest Inverness jest tyle kościołów i co ciekawsze każdy z nich jest domem innej religii. Zresztą religia jest tu tylko cichym towarzyszem życia, mało jest tu symboliki, która dominowałaby otoczenie. Dzięki tej równowadze trudno jest poczuć się tu niechcianym. Ma się wrażenie, że socjal dba tu nawet o dusze człowieka, na swój świecki sposób oferując delikatnie pomoc psychologiczną osobom, które nie mają do kogo się zwrócić, a zabłądzili gdzieś na drodze życia. Kościoły zaś czekają na wiernych, a nie walą po głowach propagandą. Tu mi jest lepiej!
Siedzimy sobie na wygodnych ławkach przy rzece Ness, patrzymy na delikatny nurt biegnący ku morzu. Przejrzysta woda pozwala obserwować świat pod powierzchnią.

Inverness czysta woda Ness

Znane nam budynki pozwalają patrzeć na siebie ostatni raz. Pora iść…
Rzut oka na zamek rozparty na wzgórzu, nie patrzy na ludzi z grozą, bo nie ma straszyć. Zresztą tu sporo rzeczy jest innych.

Inverness Castle

Wzdłuż rzeki jest murek, ale za nim siada sporo ludzi i czyta książki wprost przy wodzie. Jest milej – być może dlatego, że tabliczki wiszące zaraz przy furtkach oznajmiają: “wchodzisz na własne ryzyko”, a do tego jest skobel, ale nie ma kłódki. Niby nic, ale to miłe, że nie traktują Cię tu jak idioty, któremu wszystkiego trzeba zabronić. Ufają, że masz rozsądek i dają Ci swobodę działań. Dobrze mi tu z tym.

Inverness panorama Ness

Wchodzimy już na dworzec, do odjazdu pozostała chwila…
Angielskie wtyczki to masakra, na szczęście przed drogą połączyłem brytyjską wtyczkę z odzysku z jak najbardziej polskim rozdzielaczem. Tak zmotane dzieło wyratowało z opresji włoskie turystki wyposażone w zabawkową przejściówkę wprost z chińskiego marketu. Sprawność samarytanina zdobyta.
Niestety autobus nie został odwołany, musieliśmy jechać.
Z każdym obrotem koła nakręcała się nasza tęsknota. Jeszcze rzut oka na zatokę…
Do zobaczenia wkrótce…

Jedno pozostało niewyjaśnione…
Dlaczego pojawiliśmy się na Tomnahurich i co z tym wspólnego mógł mieć Thomas Rhymer.
Ale do tego dojdziemy z czasem.

Inverness Cmentarz Tomnahurich

Droga do Glasgow rozpoczęła się jeszcze w świetle dnia. Podziwialiśmy chmury drapiące się o szczyty i bawiące światłem, drogi przedzierające się wężem przez zbocza, owce, więcej owiec i domy, piękne przytulne domy.
Bliżej Perth góry stają się bardziej zachłanne nieba. Surowe szczyty pokryte jedynie niską roślinnością czernią się w dogasającym dniu.

Highlands

Tu zaczyna wizytować strumień, który szerokim korytem wypełniony dziś jedynie wąską strugą wody wije się przez najbliższe kilometry. Docieramy do malowniczego Pitlochry, które już przygotowane do świąt wygląda tak słodko, że ma się ochotę polizać. Dodajemy do listy “koniecznie przyjechać”. Dalej Perth, gdzie już w ciemności przesiadamy się na bus do Glasgow.

21.10.2016 Glasgow / Szkocja
Dworzec poznajemy z daleka, kolejne ulice, sklepy i miejsca już rozpoznane. Bez nawigacji, wprost “do siebie” Euro Hostel piętro ósme z widokiem na rzekę…
Zmęczeni i stęsknieni… Dobranoc…

R e k l a m a

22.10.2016 Glasgow / Szkocja
Dzień dobry mówi nam słoneczko, troszkę zaspani krzątamy się szybko, by wymeldować się o jedenastej. Jesteśmy już na styk, więc z korytarza delikatnie zasysa nas dźwięk odkurzacza.
Postanowiłem, że kawa instant, którą zakupiłem w Inverness nie jest w płynie, więc poleci z nami do Polski. Słoik masła orzechowego niestety będzie musiał znaleźć sobie nowy dom.
Pakujemy się na szybko z myślą, że kompresję plecaków zrobimy już na lotnisku. Jeszcze w biegu fotka z 8 piętra i do recepcji. Jak zwykle miła obsługa, oddajemy kartę i wychodzimy przed hostel.
Nos wypełniło mi ciepłe powietrze, co już wcześniej stwierdziliśmy – ani w Inverness, ani nawet w Glasgow nie czuć spalin samochodów. Składają się na to dwie sprawy – ruch lokalny jest pieszy i rowerowy, dalsze dystanse pokonuje się transportem publicznym, taksówkami oraz taką szkocką wersją Ubera, czyli kierowcami pracującymi za licencjami miejskimi prywatnie na własnych samochodach i limuzynach. Dopiero w konieczności korzysta się z auta. Tak to w skrócie udało nam się zaobserwować. Dzięki temu, nie ma korków i jest mniej spalin, co dodatkowo wzmaga fakt, że nie ma dymiących diesli, gdyż auta są zadbane i w zasadzie młodsze niż 10 lat. Dodatkowo część autobusów już porusza się napędzana energią elektryczną.
Wracając do oddechu…
Czyste i ciepłe powietrze rozbudziło nas i mimo braku sił fizycznych zachęciło do spaceru.
Z racji śniadaniowej pory postanowiliśmy zapolować, ale z koniecznej oszczędności na łowy wybraliśmy nieco mniej uczęszczane przez turystów tereny.

Glasgow Argyle Street
Trafiliśmy do restauracji, gdzie podano nam jako przystawkę miłe słowa powitania i szerokie uśmiechy. Jako danie główne doniesiono nam hamburgery w wersji vege i zwykłej. Ponieważ Marta zamawiała, pani z uprzejmości zapytała czy zdaje sobie sprawę że hamburgery są tu duże i najpewniej dwóch nie da rady zjeść.
Tu ja przyznałem się, że dopadnę osobiście jednego z nich.
W restauracji powoli robi się ciasno, a na kilku monitorach zmieniane są nerwowo kanały, by w sobotnie południe dać zachętę gościom do integracji przy piłkarskim meczu. Najedzeni postanowiliśmy wstać od stolika i nie zdążyłem chwycić plecaka, a już w nasze miejsca wkleili się kibice zapatrzeni ze skupieniem w ekran. Barman uśmiechnął się do nas spod rudej czupryny i pomachał na do widzenia mając w oczach szczerą nadzieję na nasz powrót.
Puściliśmy się za intuicją pozostawiając GPS w plecaku.

Glasgow Merchant
Dzielnica Merchant City, już bardziej magazynowo/industrialna, zachęca do spaceru umieszczonymi na wysokości torami kolejowymi, które wisząc ponad ulicami wsparte są wyjątkowymi kratowymi mostami. Przecinamy szlak pociągu i z oddali dostrzegamy kolejny “Tardis”. Znów kilka fotek.
Nagle natrafiamy na salon z szyldem “Optyk”, zaraz za nim sklep z logo “Dobre bo polskie” i za nimi “Biuro tłumaczeń” i “Salon fryzjerski”.
Witryna sklepu spożywczego zachęciła nas tak bardzo, że weszliśmy do środka. Pięknie poukładane polskie produkty znanych z jakości marek, czysto, miło. Mimo że sklep jest malutki, lady z mięsem, kasy i sam sklep obsługują cztery sprzedawczynie.
Ruch jest jednak na tyle spory, że musimy chwilę poczekać. Słyszymy głównie rozmowy polskie, ale i Szkoci tu trafili. Wdychając wyjątkowy zapach tego sklepiku i nasycając się uprzejmą atmosferą, dostrzegamy na ścianach grafiki z dobrze rozpoznawalnymi poznańskimi budynkami. Marta, podając sprzedawczyni wodę, którą chciała zakupić spytała: “czy Państwo jesteście z Poznania?” Odpowiedzi twierdzącej towarzyszył szeroki uśmiech i pytanie czy my też. Podziękowaliśmy i pożegnaliśmy mówiąc “do widzenia” bo z pewnością tak właśnie będzie.

Glasgow polski sklep
Patrząc na organizację w tym sklepie, obsługę i jakość można zdecydowanie przyznać bez wstydu, że jest się z Poznania.

Zapuszczamy się jeszcze głębiej w dzielnicę, docierając do bazaru, który klimatem zachęci jedynie kogoś, kto dobrze zna to miejsce. Pozostaliśmy w dystansie obserwacyjnym.

Glasgow Kent Street
Schodzimy ze szlaków coraz bardziej, mijamy wyjątkowy mural przedstawiający brodatego mężczyznę trzymającego na rękach małego ptaka. Rzecz tak wyjątkowa, że warto tu zawitać dla jej zobaczenia.

Glasgow mural

Dalej dochodzimy do miejsca o niezwykłej architekturze. Plac Katedralny z rozłożonymi na sporym obszarze budynkami, w większości sakralnymi, ale też sąsiadujący z nim szpital i nieodległy campus wraz z budynkami uniwersyteckimi. Przestrzeń jest niezwykle przestronna, co sprzyja relaksowi, usiedliśmy na centralnym skwerze, by odpocząć i poobserwować baraszkującą szarą wiewiórkę.

Glasgow Szpital
Po chwili wyjątkowego relaksu skierowaliśmy się znów dookoła centrum, przez “miasteczko” uniwersyteckie. Dostało ono sporą dotację na rewitalizację, dlatego pełno tu rusztowań, barier, maszyn i pracowników.
Wcześniej udało nam się minąć w pełni funkcjonalną budkę policyjną zwaną przez nas nie bez przyczyny Tardisem. Budka taka ma kilka zadań. Po pierwsze wyposażona jest w działający telefon na policję i straż, po drugie posiada zabudowaną apteczkę. Po trzecie można zamknąć się w niej poszukując schronienia.

Glasgow Tardis

Co zaś się tyczy Tardisu to polecam wam Google.
Opuszczamy Strathclyde i namierzamy przystanek, z którego odjedzie nasz pospieszny autobus w stronę lotniska. Przystanek linii 500 znajduje się na St Vincent, a koszt biletu to 7£/osobę do samego lotniska.
Ruch na ulicach zagęszcza się. Coraz więcej ludzi poszukuje idealnego miejsca, by zacząć radosny sobotni wieczór. Dla nas niestety radość powoli dobiega końca. Siedzimy jeszcze na deptaku obserwując setki, tysiące ludzi przelewających się w górę i w dół.


Czas na nas – ruszamy na lotnisko.
Miły kierowca sprzedaje nam bilet pytając ze szkockim akcentem, który zabrzmiał tu jak przebłysk nadziei: “Czy w obie strony?”, niestety z polskim akcentem odpowiedzieliśmy, że nie…
Podróż upłynęła nam szybko, mimo rozmowy i ja i Marta byliśmy jeszcze myślami w Inverness i Glasgow. Wchodzimy już na dworzec, nagle z tyłu podbiega chłopak i pyta “czy to Twój portfel?” Zdziwiony odpowiedziałem twierdząco… Najwyraźniej niechlujnie włożony do kieszeni polara wyśliznął się gdy wychodziłem z autobusu.
Cała sytuacja była bardzo zaskakująca, a jej szczęśliwe zakończenie oszczędziło nam mnóstwo problemów.

R e k l a m a

22.10.2016 Lotnisko Glasgow / Szkocja
Na lotnisku trzeba się rozejrzeć i poszukać znaków informacyjnych, a jest ich niestety sporo.
Odloty znajdują się w lewo i schodami ruchomymi w górę.
Tam na stołach można się przepakować, co zrobiliśmy, i skorzystać z toalety, co również zrobiliśmy.
Jest tam też stojak z workami na kosmetyki, tym razem pusty, ale już po wejściu w strefę bezpieczeństwa oznaczoną “Security” można znaleźć drugi, tym razem pełny. Do niego skierowała nas przemiła ekspedientka lotniskowego sklepu z pamiątkami. Kolejka idzie szybko, taśma z tacami przemyślana lepiej niż w Poznaniu, a obsługa sprawnie dystrybuuje przybyłych do kolejnych bramek. Szybko wypakowałem się na tacę, elektronika, aparaty, telefony, kosmetyki, portfel, tym razem pasek miałem z metalową klamrą – polecam takie z plastikową, którego zapomniałem założyć, metalowe przedmioty jak klucze, wisiorki, bransoletki i zegarek. Generalnie kieszenie muszą być puste i najlepiej jak nie mamy nic metalowego bo pikająca bramka nie dość, że nas spowalnia to jeszcze dodatkowo stresuje.
Przeszliśmy szybko i bez stresów.
Dalej droga prowadzi przez serpentynę sklepów bezcłowych, gdzie mimo braku cła ceny wyższe są niż w lokalach. Kupujemy na podróż wodę, Irn Bru i malusią szkocką single melt, tak na dwa naparstki smaku.
Trafiamy w końcu do miejsca, gdzie ten kręty wąż boa sklepów wypluł poczekalnię. Stąd droga jest już w lewo lub w prawo w zależności z której bramki odlatuje nasz samolot.
Niestety na tablicy informacyjnej nie znaleźliśmy nic, co wskazywałoby kierunek, w którym mamy się udać. Wiedząc, że info będzie na monitorze przy bramce, skierowaliśmy się w prawo i doszliśmy do końca. Czyli nie tu, ale gdzie? Podeszliśmy do stanowiska British Airlines i poprosiliśmy o pomoc. Pani najpierw spytała czy jesteśmy klientami BA. Po zaprzeczeniu postanowiła pomóc nam mimo to. Zadzwoniła i po chwili skierowała nas na drugą stronę widełek lotniska. Już z daleka widzimy kolejkę do naszej bramki, stajemy w niej i czekamy. Serdeczna pani z obsługi okleiła nasze bagaże, a później jeszcze zostaliśmy przez nią wpuszczeni do wyjścia na płytę.
W międzyczasie mieliśmy okazję poobserwować rozwydrzonego, drącego się dzieciaka, z równie niewychowaną starszą siostrą i niewiele starszą matką. Wraz z nimi podróżował mężczyzna, który z wyglądu mógł być jednocześnie mężem, ojcem i dziadkiem. Niestety opiekunowie nie radzili sobie wychowawczo, skutkiem czego w milczeniu rzucaliśmy zaklęciami by usiedli daleko od nas. I tak właśnie się stało.
W samolocie sporo było dzieci, ale w ostatecznym rozrachunku nie było aż tak źle jak należało się spodziewać.
Szybko ruszyliśmy na pas startowy, mimo że dwóch panów musiało jeszcze porozmawiać przez telefon, do czasu aż stewardesie poszła para uszami, dyskretnie ale pod światło było widać.
Łagodny start i ostatnie światła Glasgow znikają powoli w chmurach…
Za dwie godzinki będziemy w Poznaniu.
Podróż w nocy warto spędzić na rozmowie, szybciej zlatuje…
Pod skrzydłami mamy już miasto. Nie jestem w stanie rozpoznać co to za budynki, ale mijany Auchan to był chyba Swadzim, mimo że kierunek zejścia do pasa mi nie pasował, ale co ja tam wiem po ciemku i z perspektywy gołębia.
Delikatne przyziemienie, szybki manewr na lotnisku, rozpinamy pasy i podjechały po nas dwa autobusy. Poszło bardzo szybko.
Cztery punkty pograniczników działają wyjątkowo sprawnie mimo nocy. Dzięki temu błyskawicznie przedostajemy się do strefy odbioru bagażu i dalej do sali przylotów. Wszystko idzie płynnie i bez przestojów. Wychodzimy na zewnątrz.
Próbuję zadzwonić po taksówkę. Kilka podejść spełzło na niczym, ale w końcu doszliśmy o co chodzi. Radio taxi 9622 ma obecnie numer telefoniczny 19622 i taki numer bez problemu działa w Poznaniu. Po przylocie jednak okazało się konieczne dodanie do numeru kierunkowego miasta 61 co dało numer 6119622. Niestety mam telefon w plusie i ten numer nie będzie działał w mieście, skutkiem czego dodać musiałem kolejny numer do kontaktu, bo warto pamiętać na przyszłość obie wersje.
Taksówka przyjechała szybko, na termometrze w samochodzie odczytać można było +2°C… A w zimnej Szkocji było 14…
Mimo że prosiliśmy na centrali, kierowca nie posiadał możliwości płacenia kartą, czekał nas więc jeszcze bankomat. Po drodze zahaczyliśmy o sklep aby kupić coś na kolację i wróciliśmy do domu.
Zmęczeni szybko poszliśmy spać ale w głowach do teraz biega trylion myśli, którymi choć po części postaram się z czasem podzielić.

Teraz siedzę w wannie i tłumię to co woła do mnie serce…
Tęsknię za Szkocją i nie mogę doczekać się powrotu…

Wrócimy do Szkocji

FacebooktwitterpinterestlinkedinmailFacebooktwitterpinterestlinkedinmail

Jeden komentarz do “Pierwsze spotkanie ze Szkocją

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *